niedziela, 21 grudnia 2014

parka i kobalt

sukienka Vicolo | spodnie New Yorker | kurtka Pull&Bear | buty Deezee | torebka Paulina Schaedel 

Ok, to druga stylizacja, w której pokusiłam się o parkę, a nie nie płaszcz i powiem Wam szczerze, że nie sądziłam, że parka będzie w tym wypadku najlepszym i, moim zdaniem, najciekawszym rozwiązaniem. Aż sama byłam w szoku. I tak. Przeanalizowałam, gdzie mogłabym pójść w tej stylizacji i chyba może łatwiej byłoby mi szukać wyjścia, na które bym jej nie ubrała. Ale, aby Was nieco zainspirować, padło na to, że wymienię te, gdzie będziecie mogli mnie spotkać w tym secie, jak któregoś dnia czarna dziura wchłonie mą kreatywność i nie będę wiedziała w co się ubrać. Zatem:
- uczelnia: tak często na niej jestem, że czasem zapinam drogę; jednak bardziej serio, jak już postanowię wyjść z domu i nie jest -pierdylion, to dlaczego by nie wybrać takiej stylizacji, szczególnie że na moim wydziale liczy się kreatywność ;)
- kawa, dobra, ewentualnością jest jeszcze drink (jeden, drugi, trzeci, piąty) z laskami; no hello, to mówi samo za siebie, proste, że w dresie nie pójdę, szczególnie na drinka, jeansy mają szanse na poranną kawę, tylko szkoda, że za bardzo nie mam jeansów :D 
- kino z chłopakiem; M. jest zawsze szczęśliwy gdy nie musi 50x raz się schylać na buziaka w ciągu 10 min i nie łamać za każdym razem karku, aby taki krasnal jak ja był szczęśliwy (swoją drogą, mnie później łydki od stawania na palce też nie bolą)
- do babci na obiad; babcie się przyzwyczaiły i z reguły podziwiają, nie wiem, czy to dlatego, że nie wpadam za często, czy dlatego, że naprawdę lubią mój styl;
- w sumie na rodzinną imprezkę też bym nie miała oporu tak się ubrać, jak i na kolację w mieście, urodziny koleżanki, urodziny kogokolwiek, spacer (wbrew pozorom te buty są bardzo wygodne i nie mówię przecież o spacerze po lesie), do pracy, na pokaz mody i pewnie bym mogła wymieniać jeszcze trochę.
A Wy? Skusiłybyście się na taki zestaw na jakąś okazję?

P.S. Połączenie kobaltu z kolorem khaki zawsze wydawało mi się zbyt dziwaczne, co w moim języku oznacza delikatne zasugerowanie, że mi się nie podoba. Jednak, nie wiem czy też tak macie, ze czasem coś, co potrafi być tak okropne, że aż z czasem staje się przez nas uwielbiane i tak stało się w tym przypadku (podobnie miałam ze szpilkami Diora z jesienno-zimowej kolekcji 2014/15). I generalnie jestem zdania, że gdyby nie te buty, śmierdziałoby nudą :D

czwartek, 18 grudnia 2014

parka z cekinami

 sweter, czapka H&M | spódnica Preska | kurtka Pull&Bear | buty Pimkie | torba Stradivarius

Postawiłam sobie cel, aby udowodnić Wam, a chyba też w ogromnej mierze sobie, że parkę można nosić na inne sposoby niż te, najczęściej spotykane w mieście prezentowane przez nastolatki (czarne rurki/skórka/legginsy + Vansy/Conversy/ Timberlandy), bądź często spotykane w gazetach boyfriendy + sweter + trampki/botki.
Osobiście, co możecie zauważyć na blogu, w parce chodzę bardzo rzadko. Z reguły gdy pada, a ja jestem zbyt leniwa na noszenie parasola (nie mówię o ulewie), idę do Biedry po zakupy, jadę na Orlen na hot-doga, bo jestem zbyt leniwa, by sobie coś zrobić do jedzenia, czy po prostu jak jest ogromny mróz, a jedynie w parkę jestem w stanie zmieścić się ze swoimi grubymi swetrami. Jak widzicie, nie jest to zbyt wiele okazji i głównie dlatego, że gdy ją nakładam nie czuję się sobą, nie czuję się "glamourous" jakby to powiedziała Dżoana Krupa. Dlatego też zaplanowałam dwa posty, z parką w roli głównej, udowadniające mi, że nawet i ja mogę czuć się w niej olśniewająco, wybierając do tego rozwiązania w moim stylu (czarne rurki i zwykły sweter nie są w moim stylu). Zanim jednak zacznę lanie wody o tym, co de facto jest widoczne na obrazkach, wspomnę o kilku rzeczach. I tak, po pierwsze, nie dajcie sobie wmówić, że PARKA to MUST HAVE na jesień/zimę, a i wiosną się pochodzi, a lato wiemy jakie mamy w Polsce, więc może okazać się całoroczną kurtką. Jasne, może, dla osób, które się w niej świetnie czują. To jest jedyny warunek. Normalnie, parka to NIE must have. Dwa lata temu jednak uważałam inaczej, zanim trochę zmądrzałam (bądź po prostu odnalazłam swój styl), dlatego teraz bardzo często większość czasu spędza w szafie. Nie jest to kurtka numer jeden, w której czuję się doskonale i pięknie, dlatego jeśli Wy również tego nie czujecie, nawet nie zabierajcie się za kupno, bo tak radzą magazyny modowe, czy blogerki które uwielbiacie śledzić (bądź, o zgrozo, doszłyście do wniosku, że dana blogerka wygląda super, to i Wy będziecie; domyślacie się, że chodzi mi o przypadku, w których efekt końcowy nie jest zadowalający). Po drugie, nie jest to praktyczna rzecz, oczywiście moim zdaniem. Dlaczego nie jest? Bo praktyczna rzecz to taka, którą nałożycie do wszystkiego bez względu na to, gdzie idziecie. Jasne, niewiele jest takich rzeczy. I jasne, uznacie że przecież do lasu nie pójdziecie w płaszczu, ale jest wiele innych rozwiązań i wyjście do lasu nie powinno zmuszać Was do zakupu parki. Zaraz powiecie, że jest inaczej, że przecież jest praktyczna, bo sama pisałam, że i na deszcz spoko i w mroźne dni też najlepiej daje radę. Jasne, jednak na wiele innych okazji, wybiorę inne kurtki, czy płaszcze i z pewnością nie tylko ja mam taki tok rozumowania.
Część z Was, czyli miłośniczki parki, powiedzą, że gadam głupoty. Ok, przyjmę to spokojnie do wiadomości. Część z Was, za to przyzna, że choć mają parkę, albo chcą ją kupić, to się wahają nad tym, bo ciężko jest im dopasować ją do zawartości swojej szafy. Można wyglądać jak klon i w 100% wtedy parka jest praktyczna, ale moje myślenie jest bardziej pokroju myślenia Macadamin Girl. Wyobrażacie sobie Tamarę w parce? Ja nie. Chyba, że w jakiejś turkusowej z różowym futrem, czy żółtej z pomarańczowym futrzakiem. To już bliższe klimaty. Mojej jednak do nich daleko. Dobra, nie oszukujmy się, jest totalnie zwyczajna. Jednak nie zniechęcam się i starałam się podejść do niej inaczej. W stylizacji powyżej dużą rolę odgrywa zestaw pod spodem (różne faktury, kolorystyka), ale największą robotę odwala cekinowa torba, dzięki której zestaw jest bardziej efektowny i jednak w jakimś stopniu wyróżniający się i skupiający uwagę innych.
Na koniec dodam, że nie mówię Wam "tak macie się nosić". A skądże. To ma być inspiracja (to jest wersja lżejsza, że tak powiem, kolejna stylizacja będzie bardziej krejzi), dzięki której, mam nadzieję, że dziewczyny znudzone już powtarzalnymi zestawami, nabiorą odwagi do eksperymentowania i pozostawienia czarnych rurek w szafie. A mnie już korci do jakiegoś połączenia z cekinowymi legginsami :D

niedziela, 14 grudnia 2014

odkrycie dzianiny

 sweter Mango | spódnica Choies | płaszcz Promod | torebka Mohito | buty Pimkie

Taka ze mnie wstydnisia, że tym razem zdjęcia z pozamykanymi oczami :D
Dobra, ale teraz przejdźmy do poważniejszych rzeczy. Słuchajcie, wystukam Wam nowość, dzianina jesienią. Brzmi intrygująco, prawda? Nieprawda. Znów żartuję. A bardziej moda z nas żartuje. Nie wiem jak Wam, ale mi i myślę, że sporemu odsetkowi populacji kuli ziemskiej, okres jesienno-zimowy właśnie kojarzy się z rzeczami wykonanymi z wełny. Obstawiam, że do tej pory głównie numerem jeden były ciepłe swetry, czapki, szaliki i rękawiczki. Z czasem, bo od kilku sezonów nawet w sklepach sieciowych, czy online, zaczęły się pojawić dodatkowo mini spódniczki tuby, czy spodenki, również wyglądające, jak wydziergane przez babcie, podczas oglądania Klanu. W tym sezonie natomiast, proszę Państwa, wełna przejęła dowodzenie w pracowniach wielkich domów mody i takim o to sposobem, dzianina królowa na wybiegach. Dosłownie. Trium dzianiny nad samą dzianiną. Nie wiem, czy da się bardziej. Dobra, wiem. W kolejnych latach może ich wszystkich jeszcze bardziej zdrowo pokręci (w sumie noszenie rzeczy, wykonanych z wełny, wychodzi nam zdrowo :D) i będziemy chodzić w butach, a w dodatku kurtkach wydzierganych przed zdolne Panie Krawcowe. Ale byłoby śmiesznie. Z pewnością nie będzie to za rok, bo na kolejny taki boom dzianinowy trzeba będzie trochę poczekać, ale w sumie możę za 10 lat. Hm, za 10 lat to może i prędzej w lateksowych zbrojach będziemy latać, a włóczka pójdzie na bok. Dobra, koniec hipotetyzowania. Temat i tak mnie wciąż śmieszy, bo jak już wspomniałam dzianina nie jest niczym nowym (jak kwiaty wiosną), a mimo wszystko dałam się złapać na haczyk, a bardziej me próżne "ja". Od jakiś dwóch lat zamierzałam zaopatrzyć się w wełnianą spódnicę (myślałam o tubie, o spodenkach dzianinowych też myślałam, o czym ja nie myślałam...), aż w końcu takowa pojawiła się w mojej szafie. Widać, potrzeba było do tego konkretnie określonego trendu, abym ja, fashion victim, zapatrzona jedynie tylko w to co modne, skusiła się na zakup. Żartuję, przecież wiecie, że ślepo nie podążam za trendami, tylko staram się niektóre sprytnie wprowadzać do swojego stylu ;) Ostatnio nawet oswajam wszędobylskie beże. O ile "oswajam" to nie zbyt delikatne określenie, bo moja próżna miłość jest coraz głębsza. Równie głęboka i szeroka, co zauroczenie jakim darzę połączeni beży/brązów z pomarańczą, dlatego nie mogłam sobie takowego odmówić. No po prostu NIE MOGŁAM!!! Po pierwsze, beże i brązy z pomarańczą to piękne połączenie, a wciąż mam wrażenie, że niezbyt często spotykane. Kobiety decydują się na bardziej klasyczne zestawienia z granatem, czernią, szarościami (wnioskuję z tego co widzę na ulicach i blogach). Po drugie, nie posiadam lepszego płaszcza w szafie pasującego do tego połączenia :D
Osobom, które już ogarnia strach wynikający z braku pomysłu w jakim stroju stylowo i wygodnie spędzić świąteczny i pełen obżarstwa okres, polecam tą stylizację. Nie mówię 1:1, ale śmiało możecie uderzyć w podobne klimaty. Z pewnością będzie zachowawcza, skromna, ale i stylowa. Tylko uwaga na czerwony barszcz!
Na koniec załączam grafikę z Harper's Bazaar KOLEKCJE jesień-zima 2014. Sama bym lepiej tego nie złożyła ;)


P.S. Przypominam i rozdaniu!! Do zgarnięcia naszyjnik z House of Mima. Klikamy TUTAJ i się zgłaszamy ;)

środa, 10 grudnia 2014

Czerwony Kapturek

 spódnica, sweter sh | płaszcz House | torebka Mango | buty Pimkie


Miałam tekst. Usunęłam go. Napisałam kolejny i kolejny też usunęłam. Bez zastanowienia. Nie nadawał się. Zaczynam na nowo. Będzie o miłości, powtarzalności i czerwieni.
Zacznijmy od tego, że miałam nazwać ten wpis "Mikołajka", ale że czcionka nie posiada polskich znaków, zatem jest "Czerwony Kapturek" i z Czerwonego Kapturka mam jedynie czerwone wdzianko. Umówmy się zatem, że "Mikołajka" kryje się pod "Czerwonym Kapturkiem". 
Mamy grudzień. Miesiąc miłości, dobroci. Miesiąc bezinteresowności i szczęścia. Mamy miesiąc, w którym dawanie, jest ważniejsze od tego, co dostajemy w zamian i za to też kocham ten miesiąc. Jest magiczny i szlachetny, bo właśnie niesie za sobą tą bezinteresowność o której wspomniałam, a która na co dzień jest niemalże niezauważalna. Ciągle chcemy coś dostawać. Dostać buziaka, usłyszeć komplement (to akurat błahe, zaraz wjadę z mocniejszymi), dostać nieco miłości, ale zaraz chce się dostać nową książkę, torebkę, buty, nowy samochód, nowy motor, nowe mieszkanie, czy nowe ubranie. Nową pracę i więcej kasy na koncie. Ale czy to takie ważne? Czy właśnie to, co określiłam "błahym" nie może być ważniejsze od materialnego? Gonimy za tymi cyferkami, jak szaleni. Zatracamy się w zerach pojawiających się na koncie, nie zauważając jak tracimy to, co czasem przychodzi trudniej. Stajemy się inni. Niby fajniejsi. Lepsza fura, lepsza torebka, lepszy garniak, ale zaraz, gdzie w tym wszystkim jestem prawdziwy "ja". Nie ma, znikło śmiercią naturalną, bo pieniądze zabiły jakiekolwiek człowieczeństwo, a wraz z człowieczeństwem zginęła miłość. Powiem Wam jedno, mam inne podejście bo zdołałam w minimalnym stopniu się już się przekonać jak to jest. Pogoń za pieniądzem miesza w głowie, nie jednemu, mi również, ale wróciłam do siebie. Wróciłam do swoich wartości, jakie były wklepywane mi od małego do łba: "Miłość, rodzina, zdrowie. Ola, pamiętaj, tylko to się liczy najbardziej, inaczej nie będziesz w 100% szczęśliwa." Rodzice jak zwykle mieli rację, dalej mają. A ja jestem szczęśliwa. Cieszę się z najmniejszych rzeczy, jaki mi się przytrafiają, ale też cieszę się z sukcesów, jakie inni osiągają. Może jestem dziwna i odstaję poglądami od społeczeństwa, ale nie dążę do bycia milionerką (choć M. marzy o takim Mercedesie, że nie wiem, czy do końca życia będzie mnie na niego stać, z takim podejściem na pewno NIE). Nie mogę leżeć spokojnie i patrzeć na ładujące się monetami konto, bo wcześniej chwilę naskakałam się nad innymi frajerami i tak już działa ten system, że nie muszę nic robić. JA MUSZĘ COŚ ROBIĆ. Działać. Widzieć efekty i się nimi cieszyć. Cieszyć się tym, czego jestem w stanie dokonać i czego nauczyłam się przez całe życie. Nie mówię, że milionerzy nie pracują. Pracują, bardzo ciężko! Nie mówię, że Ci ludzie są źli, bo są tacy z milionami, ale i wielkim sercem, nie brakującym szczęściem, a pieniądze dają im jedynie poczucie bezpieczeństwa (to i ja lubię), ale są tacy z wypranymi mózgami, myślącymi jak tu znów ukraść bank, ale nie mających z kim dzielić się wygraną.
Ja wygrywam los na loterii codziennie. Wygrywam 86400 sekund dziennie, które mogę zagospodarować jak chcę. Nie pytajcie mnie ile poświęcam ich na Neonową, bo wiele, ale to mnie jara. Daje mi siłę, że coś tworzę, a ktoś chce to oglądać, a część z Was nawet przeczyta te przemyślenia mini blogerskiego móżdżka. Wpadacie tu, a ja się staram za każdym razem do Was uśmiechać. Za każdym raz przegotować coś super, aby Was nie rozczarować. Staram się Was inspirować, czasem dawać rady, pokazywać, że niemożliwe, staje się możliwe. Sama sobie udowadniam, że wszystko jest możliwe. Kwestia otwartości umysłu. I tak dwa lata temu bym się tak nie ubrała. Ja wiem, moda się zmienia, a połączenie powyżej jest aktualnie dość modne w kręgach tych lubiących ekstremalne połączenia i ryzyko. Ale chodzi mi o to, że to nie jest bezpieczne rozwiązanie. Jest wybuchowe. Przez nietypowość formy i kolor (widziałam takie zestawy jedynie w zachowawczych kolorach), i to właśnie mi chodzi, że nie pokusiłabym się o coś nietypowego, bo bałabym się odstawać od tłumu. Trochę się zmieniło, a z ryzykiem zawitał i rozwój. Dlatego Wam również życzę podjęcia ryzyka, bez względu na to, w jakiej dziedzinie działacie ;)
Na koniec mikro słowo o gościnnej czerwieni i jak się ona miała na wybiegach. A miała się wybitnie, bo aż wrzało od jej ilości. Na grafice poniżej zobaczycie moje ulubione sylwetki (i tak nie wszystkie się zmieściły), choć czerwieni nie brakowało jeszcze na wybiegach H&M Studio, Saint Laurent, Matthew Williamson, Issa, Rag&Bone, Carolina Harella, House of Holand i z pewnością jeszcze wielu innych, których się nie dopatrzyłam ;)

zdjęcia pochodzą ze strony elle.pl; kolekcje jesień-zima 2014/15 

P.S. Przygotowałam dla Was świąteczne rozdanie, naszyjnik z House of Mima do zgarnięcia. Śmiało się zgłaszajcie pod tym LINKIEM :)

piątek, 5 grudnia 2014

shine bright like a diamond

 spodenki Zara | sweter, torebka Mango | kurtka Reserved | buty, szal H&M

Chodzicie czasem na posiadówki? No wiecie, nie impreza, też nie spotkanie przy kawce, ale spotkanie ze znajomymi, gdzieś u kogoś w zaciszu domowym, z jakimś (zawsze) destrukcyjnym dla organizmu trunkiem. Ewentualnie piwo bądź cokolwiek innego na mieście. 
Zatem, jak już kojarzycie takowe sytuacje, przyznam, że i jak takowe miewam w swoim życiu, gdy zapragnę zdradzić projekt urbanistyczny z życiem towarzyskim i w dodatku opić wszelkie smutki, jakie ten projekt za sobą zawsze niesie (a że urbanistyki szczerze nienawidzę, to niesie za sobą tyle smutku i złości, że mogłabym odprowadzać od tego spokojnie VAT i zyskać miliony liczone w szczęściu). 
Dlaczego w ogóle o tym wspominam? Aby wyjaśnić, gdzie w takowej stylizacji można się podziać, gdy nie chcemy błyszczeć za dnia w otoczeniu szarej smutnej jesiennej ulicy. Na imprezę w klubie raczej ten set odpada, no chyba że gromadzę tu miłośników ciepła powyżej 100 stopniu Celsjusza, wielbiących gotowanie się we własnych ubraniach z parowaniem w gratisie. Nikomu niczego nie bronię, jednak uprzedzam przed długoterminowym skutkiem ubocznym, jakim jest choroba (o krótkoterminowych nie wspominam; może w ciemnym klubie znajomi nie zauważą, że pot wam leci z czoła jak z kranu, a zapach papierosów zutylizuje wszelkie inne zapachy). Przegrzanie, później wyjście na -pierdylion w grudniową noc, a następnego dnia Amazonka z nosa z nosa gwarantowana. A tak na posiadówce, możecie błyszczeć na tyle wystarczająco, aby czuć się jak gwiazdy, ale nie wprowadzać reszty w stan zakłopotania (to pytanie z serii: czy aby na pewno nie pomyliłam adresu?) Gwoli ścisłości to tyle. Koniec żartów. Na poważnie o modzie, wybiegach i czerwieni będzie w następnym wpisie.

P.S. W poniedziałek za mną kolejny rok na liczniku. Zgadujcie który :D

środa, 3 grudnia 2014

kropy i window check

 sweter House | spódnica, torebka Mango | kurtka Reserved | buty Pimkie


Na wstępie proszę o spojrzenie litościwym okiem na zdjęcia. Także ten, zacznę się nieco tłumaczyć. Wiem, że na ujęciach powyżej wyglądam jak rasowy przykład zwierzęcia ze strony "bardzo źle wypchane zwierzętka". Wiem no, widzę to. Jak źle wypchany bażant, jeszcze z przepitą twarzą. Ale spokojnie, mimo że zdjęcia były robione w niedzielę, co może sugerować na stan poimprezowy, to jednak jest to jedynie efekt mrozu. Ogłaszam: Białystok zamienił się w Syberię i każdy u nas tak wygląda, kto choć na 5 minut pozwoli sobie na zdjęcie czapki i szalika. Ok, myślę, że mój dziwny wyraz twarzy powinien być już zrozumiały, a ja widzę, że muszę podszkolić moje zdolności aktorskie, abyście choć na chwilę uwierzyli, że zima to jakieś abstrakcyjne pojęcie i tak naprawdę, coś takiego nie istnieje :D
Rozwodzić się na temat tego, co widać na zdjęciach (jeśli chodzi o stylizację) nie będę. Powtórzę nowo czytającym mnie osobom - macie do czynienia z maniaczką łączenia wzorów. I to tyle. Mam ostatnio tak wiele na uczelnie, że ona zabiera całą moją kreatywność (serio, nawet ja nie przypuszczałam, że tak się da!). Dobra, może nie kreatywność, ale zdolność napisania czegoś inteligentnie głupiego, tak abyście chcieli to przeczytać i na koniec nie stwierdzili, że zmarnowałam Wam czas, z pewnością już tak. Jeśli jednak macie ochotę porozmawiać o założenia rezydencjonalnych, planowaniu urbanistycznym, czy po prostu pofilozofować o bycie człowieka, piszcie śmiało, w tych tematach ostatnio jestem "mocna" ;)

niedziela, 30 listopada 2014

fokus na neony

 spódnica Zara | sweter sh | płaszcz House | torebka Pimkie | czapka Sinsay | buty H&M 

Kenzo, Alexander Wang, Christopher Kane, Giorgio Armani, Sonia Rykiel. Każda z wymienionych osób, projektuje w innym stylu. Zatem co łączy te nazwiska i dlaczego postanowiłam je wymienić? Kolekcje na jesień-zimę 2014/15, a dokładniej n e o n y. 
Tak, neony. Dobrze czytacie i oczy Was nie mylą, o ile jeszcze Was nie zabolały po obejrzeniu powyższych zdjęć. Można je uznać za anomalię jesienną, szczególnie, że te żarówy są głównie kojarzone z latem. Mówię głównie, bo ludzie zimą potrafią wyskoczyć z taką żarówą na głowie, że oczy wypala. Jednak to bywały pojedyncze przypadki. Boje się, co teraz będzie się działo na ulicach, skoro wielcy projektanci dali zielone światło neonom zimą. Oczywiście, moim zdaniem, głównym generatorem zasilającym te żarówy, jest duet prowadzący markę Kezno. I nie myślcie, że te  kolory, głównie limonkowa zieleń, opanowały tylko dodatki. O nie, nie. Rozeszły się jak plaga po spodniach, spódnicach, bluzach i bluzkach, koszulach i kurtkach.
Co do mojej stylówki umówmy się, że spódnica nie jest w 100% neonowa, nie wypala oczu i generalnie da się przejść obok niej w miarę spokojnie (z pewnością jest mniej zauważalna niż pomarańczowy płaszcz). Jest seledynowa, tak jak i czapka, którą mam na głowie i w rzeczywistości te podobieństwo jest znacznie bardziej widoczne. Ale to mniejsza z tym. Spódnica to dość przypadkowy zakup jak na mnie. Poszłam szukać sukienki na wesele (tutaj Wam o tym pisałam), a wyszłam ze sklepu ze spódnicę. Chciałabym podkreślić, że to był już WRZESIEŃ, miesiąc wprowadzający nas w jesienne klimaty i kolory wiodące tą porą roku (jakby to kiedykolwiek miało dla mnie znacznie; dobra, jakby to w ostatnich miesiącach miało dla mnie znacznie), a ja kupiłam seledynową spódnicę. SELEDYNOWĄ SPÓDNICĘ. Kolor nie mój. Pff, co ja gadam. Nawet w życiu nie pomyślałam, aby mieć coś w tym odcieniu (pomijając fakt, że zapomniałam totalnie o istnieniu takiego koloru). Zatem zakup, to czysta abstrakcja, nawet jak na mnie, czyli miłośniczkę zarówno spódnic, jak i kolorów. Już myślałam, aby ją zwrócić, ale doszłam do wniosku, że mi się przypada (zabrzmiało, jakby miała być elementem przebrania na imprezkę, choć nie będę ukrywać, byłam tak zdesperowana brakiem sukienki na wesele, że już nawet rozważałam, jak tą spódnicą zagrać, aby nie widać było, że to spódnica, a bynajmniej spódnica "casualowa"). Kombinowałam, kombinowałam, metkę oderwałam i została, bo jakże bym mogła ją zwrócić, jak nagle seledynowy stał się moim kolorem, krój spódnicy jednym z lepszych, a sama rzecz nadaje się do noszenia ze swetrami, a latem nawet z koszulą pójdzie. Zatem, powyżej widzieliście jeden z pierwszych pomysłów. Pseudo neonowa spódnica stłumiona szarościami. Jednak nie przyzwyczajajcie się za bardzo, bo TA spódnica jeszcze wystąpi w duecie z bardziej wyrazistymi kolorami. Z pewnością z kobaltem, choć kusi mnie dodatkowo połączenie z pomarańczą. Zobaczymy, co na to lustro ;)



zdjęcia pochodzą ze strony elle.pl; kolekcje jesień-zima 2014/15