czwartek, 26 marca 2015

artystka celebrytka

 sweter sh | sukienka Mango | szal H&M | torebka Zara


Szczerze przyznaję, że tym razem chyba trzeba być mną, aby rozumieć to szaleństwo. Historia powstania tej stylizacji nie jest tak porywająca jak relacja wyprawy na księżyc amerykańskich astronautów, ale i tak raczę Wam ją opisać.
Miałam na sobie sukienkę w gwiazdki, ale byłam cholernie ciekawa, jak będą te buty wyglądały z tym swetrem. Na pierwszy rzut oka jest to łatwe w zwizualizowaniu, ale jednak czasem zwyczajnie lubię nałożyć daną rzecz i stanąć przed lustrem, aby się upewnić, czy jeszcze ta część półkuli (prawa), odpowiadająca za twórcze myślenie i właściwy odbiór obrazu, sprawnie funkcjonuje. Byłam jednak na tyle leniwa (again!), że nie chciało mi się zdejmować kiecki. I generalnie dobrze się stało, bo sama bym nie pomyślała, że może ona aż tak urozmaicić ten zestaw i nadać mu charakteru (wiecie, buty sportowe i swetrzycho to jednak banał)(oczywiście wciąż mówimy o moim odbiorze). I tak, kolejny raz z przypadku (jak większość moich stylizacji) powstała ta stylówka. Oczywiście duży wpływ na tę stylizację ma fakt, że oglądam mnóstwo zdjęć stylówek uchwyconych podczas fashion week'ów. Czy znalazłam tam takie rozwiązanie i je zwyczajnie skopiowałam? Nie. Ale oglądanie inspiracji wpłynęło na mój sposób postrzegania takiego zestawu. Jestem bardziej otwarta na różne połączenia, a do tego czuję się w takim zestawieniu w 100% sobą (co daje też 100% swobody). Zwiększa się moja tolerancja na dziwadła i bardzo mnie to cieszy. Pamiętajcie, im dostarczacie więcej inspiracji swojemu mózgowi, tym ciekawsze rzeczy mogą powstawać. Większość z nas, to wzrokowcy. Nie możemy przestać "karmić" naszego mózgu kolorowymi obrazkami, bo słupek naszej kreatywności zacznie diametralnie spadać, a wprost proporcjonalnie do niego wzrośnie słupek twórczego niezadowolenia. Inspiracje, bez względu na to z jakiej są dziedziny, mają na nas ogromny wpływ, zatem pamiętajcie, miejcie oczy szeroko otwarte, bo nigdy nie wiecie, kiedy Was coś zaskoczy i będzie impulsem do kreatywnego działania.
A ta stylizacja to z pewnością efekt mojego artyzmu. Wiecie już, że powstała przypadkiem, że kolorowe obrazki w sieci zwiększają moją tolerancję na niestandardowe połączenia, ale także siedzi we mnie dusza artystyczna. Nie raz można usłyszeć zdanie, że architekta łatwo poznać na mieście, a studentów szkół artystycznych jeszcze łatwiej. Wyróżniamy się na mieście i nie chodzi tu już o te ogromne teczki, które nosimy. I jestem w stanie to potwierdzić. Ten nasz zmysł artystyczny zostawia ślad w każdym naszym działaniu ;)
A zdjęcia? Właśnie na tej sesji dotarło do mnie gdzie zapoczątkowało się uwielbienie do zdjęć streetstyl'owy. Znacie z pewnością magazyny takie jak Flesz, Party i jeszcze inne, których z nazwy nie kojarzę, ale określane są mianem "szmatławca". Zatem, skoro już je korzycie, to pewnie doskonale wiecie, że to kopalnia wiedzy, z kim umawia się Rożenek, co zrobiła była żona Wiśniewskiego i czy Urbańska płacze, bo Rolowanie nie wypaliło. Poza tymi cudownymi plotkami, towarzyszy temu zawsze kilka zdjęć celebrytów, uchwyconych na jedzeniu gofra, wsiadających do fury, łamiących przepisy drogowe i przechodzących nie na przejściu dla pieszych, a także plotkujących przez telefon. Brzmi znajomo? Jasne, bo na tych blogach, gdzie laski umieją odwalić szopkę, a nie na 10 zdjęciach stanąć tak samo, możecie zobaczyć dokładnie podobne ujęcia. Oczywiście, później większą kopalnią inspiracji stały się dla mnie strony z uchwyconymi fashionistkami biegnącymi na pokaz w Mediolanie, niż Anna Mucha chadzająca po warszawskim parku z wózkiem. I ja tym razem zgrywam taką celebrytkę. Wiecie, chowam się za furą, udaję, że nie widzę Kasi stojącej za słupem znaku STOP (wybacz Kasia, trzeba było nałożyć bardziej obcisły płaszcz to może byś się zmieściła za tym drążkiem), a także udaję, że robię coś na telefonie. To zawsze wypali, nie ma durnych min i jest co zrobić z rękoma (jestem szafiarką, a nie modelką, nie muszę umieć pozować). Jeszcze mi nic wiadomo na temat bycia celebrytką, zatem korzystam z tego, że jestem szafiarką i gwiazdorze na Neonowej. Spokojnie, obejdzie się bez Snickers'a ;)

niedziela, 22 marca 2015

run Forrest run

sweter H&M | spódnica Candy Floss | płaszcz Monashe | torebka Paulina Schaedel

zdjęcia: Flawless


- Kupicie mi buty do biegania? (pytanie do rodziców ze spanielem w oczach w stronę taty)
- Kupimy, znajdź sobie tylko jakieś do 300 zł.

I znalazłam. Poszliśmy wieczorem do galerii, zupełnie nie po buty, a przypadkiem wylądowaliśmy w Nike'u i przypadkiem chwyciłam za te ze zdjęć (były najładniejsze z 3 możliwych), zmierzyłam, rozmiar ok, ostatnia para, do widzenia, dziękuję.
Przyznam szczerze, że będąc w sklepie chwyciłam za te, bo miały najciekawszą kombinację kolorystyczną. Następnego dnia nałożyłam je do spodni w kratę (bo takowe akurat miałam na sobie), aby połazić po domu, przekonać się czy rozmiar ok i zwyczajnie pocieszyć twarz, i wtedy do mnie dotarło, jak bardzo mi się podobają. Ostatnia para - przypadek? Nie sądzę! Takie perełki czekają na mnie w sklepach, bym później sama siebie mogła zaskakiwać.
Czy biegam? Proszę Was, oczywiście, że biegam. Codziennie na autobus. Wybiegam z domy, skręcam w pobliską uliczkę, później lekki sprincik pod górę przy Biedrze, zbiegam już ostrożniej stawiając duże kroki (aż 3, taka duża górka). Później marsz po parkingu między samochodami, a następnie trucht z górki (tu jakieś 7 kroków) i jestem na chodniku. Nie jedzie, zatem nie przyspieszam, a powoli redukuję swoje tempo do marszu, by wsiadając do autobusu nie mieć zadyszki i buraka na twarzy (choć szpachlowałam się jeszcze 10 minut wcześniej, więc nie powinno być go widać, w końcu mój podkład ma niezłe krycie). 4 minuty dziennie chyba wystarczy, nie? Taka rozgrzewka z rana. A tak serio, PLANUJĘ biegać. Raz, na dniach, mi się to udało, nie 4 minuty, a 20. Było ciężko. Porażka, totalna porażka. A wszystko przez moje studia. Tak, wiem, można to wytłumaczyć moim lenistwem, ale łatwiej zwalić na studia. Wyobraźcie sobie, że ruszyłam ze stopniem magisterskim, co daje mi 7 semestrów już za mną. SIEDEM. Siedem semestrów siedzenia przy biurku. W ten czas, nie licząc ostatniego miesiąca, bo wzięłam się za siebie i staram się ćwiczyć z Ewką 3x w tygodniu. Fajnie, że za każdym razem jest ze mnie dumna i mi gratuluje, bo mi nie zawsze doskwiera to uczucie. Ale to tak na marginesie. Wracając do ćwiczeń/studiów/lenistwa/czegokolwiek, o czym pisałam chwilę temu. Przez ten czas (7 semestrów), na palcach jednej ręki mogę policzyć moje aktywności fizyczne, poza spacerami. Spacerami, a nie MARSZAMI, bo tych również było mało. To jest LENISTWO. Czyste lenistwo. Mogę sobie wmawiać, że mam takie studia, że nie mam czasu na to. Ale prawda jest jedna. Czasem nie chce mi się wstać wcześniej by poćwiczyć albo wracam od M. o 23, a praca na uczelnie czeka. I siedzę do 1 i już pora spać, a nie doskonalić wytrwałość  w wykonywaniu skalpelu. Tłumaczyć sobie, że nie mam czasu na ćwiczenia mogę w ostatnim tygodniu sesji. Wtedy nie mam czasu na sen i na jedzenie, więc ćwiczenia spotęgowałyby wykończenie organizmu i zwyczajnie padłabym kończąc pod kroplówką w szpitalu. To raczej kiepskie miejsce na selfie w lustrze. Reszta roku, czyli 51 tygodni to czas na ćwiczenia, a nie wymówki i jak na razie, dobrze mi idzie.

Ale wracając na moment do moich butów. Spowodowały one, że poczułam pociąg do butów sportowych. Powtarzam, BUTÓW SPORTOWYCH, a nie szmaciaków zwanych Conversami, w które do tej pory ładowałam kasę. Lawino zasypują mnie nowe propozycje, które chciałabym mieć, a ja wciąż wylewam łzy, że jeszcze nikt nie wynalazł drzewa dającego zielone, które nie nazywa się Lotto, czy Szybka Kasa z Radiem RMF FM. Bywa. Bądź co bądź, nowe buty sprawiają, że szokuję sama siebie. Chodzę w nich codziennie i noszę do wszystkiego, czego efekty mogliście oglądać powyżej i w nadchodzącym wpisie również Was uraczę tą nowością w mojej szafie. Nie powiem Wam za bardzo, czym kierowałam się tworząc tę stylizację. Dawno nie miałam na sobie spódnicy od Candy Floss i tak się chyba zaczęło. Miał być kobaltowy sweter, ale jest czarny i jest nawet lepiej. Na górę biały, o pudełkowym kształcie płaszcz, dość elegancki, tworzący kontrast z butami. I wisienka, czyli worek. Zależało mi na zgraniu kolorystycznym. Tylko dzięki temu ten zestaw wygląda na spójną całość, mimo niepasujących do siebie (na pierwszy rzut oka) elementów. Tyle razy piszecie mi, że jesteście zaskoczeni, jak połączyłam zgrzytające ze sobą rzeczy, że i tym razem postanowiłam zaryzykować (osobiście pękam z dumy, lepiej wyjść nie mogło, ale to OSOBIŚCIE). W sumie, wiele nad tym zestawem nie myślałam. Takie propozycje to dla mnie pestka, więcej muszę się natrudzić przy minimalizmie! ;) 

Skorzystam z okazji, wpadajcie na Facebook'a Neonowej, jeansowa bluza/ jeansowa kamizelka do zgarnięcia ;))) TUTAJ się zgłaszamy. 

środa, 18 marca 2015

papugi

spodnie Bershka | koszula Mohito | płaszcze Reserved | torebka C&A | buty Deezee

Tak naprawdę, to tym razem, nie mam Wam za wiele do powiedzenia. Poza tym, że czasem lubię nałożyć coś tak ogromnego, sprawiającego wrażenie w mojej głowie, że schowałam się przed całym światem. Jasne, łatwiej byłoby po prostu nie wychodzić z domu, a nie kupować płaszcz i udawać, że się nie istnieje. Zresztą, co to za udawanie, gdy się nakłada do tego płaszcza białe rzeczy i jeszcze koszule w kolorowe papugi. Jasne, że słabe. I właśnie, co to za udawanie, że się nie istnieje, skoro idzie się jeszcze na zdjęcia w takim zestawieniu! Same sprzeczności. No cóż, wyznawcą normcore znów nie udało mi się zostać, a zadatki na reprezentanta tego stylu mogę schować do głębokich i ciemnych kieszeni płaszcza. Zatem jak to ze mną jest? Raz chciałabym być niewidoczna, niezauważalna, ale z drugiej strony nie umiem. A może tylko wmawiam siebie, że nie umiem, a tak naprawdę nie chcę? Może właśnie na stwierdzenie "Ty lubisz być zauważalna" nie powinnam skromnie odpowiadać "no coś Ty, wydaje Ci się", a wprost wyznać "tak, lubię". Bo przecież jak się nie chce być zauważalnym, to człowiek zwyczajnie nie ubiera się tak, aby wyróżniał się na ulicy. Oczywiście, nie robię tego celowo. Nie wstaję z łóżka o poranku i przez 30 minut nie myślę co tu na siebie nałożyć, by każdy się na mnie gapił. Tak, GAPIŁ. Zważając na okoliczności, w jakim mieście żyję, ta poranna gimnastyka mózgownicy nie jest nazbyt potrzebna, bo tu, czyli w Białymstoku, nałożenie czegokolwiek innego zarówno jeśli chodzi o formę, jak i o kolor, oznacza skupienie ślepi przechodniów i znudzonych autobusowiczów. Ale to nie jest jedyny powód, który sprawia, że te 30 minut więcej mogę poświęcić na sen, a nie na szybkie nadrabianie książki Charlizy (Nie)mam się w co ubrać. Jest jeszcze jeden kluczowy powód. Dusza artystyczna zakodowana w moim DNA. I jakkolwiek bym się starała na siebie nie zwrócić uwagi, to genetyka jest tutaj silniejsza. A artyści już tak mają, że przeróżnie wyglądają ;)

niedziela, 15 marca 2015

hity sezonu

koszula Stradivarius | bluza Brooklyn Masala | spodnie House | płaszcz Monashe | torebka Pimkie | buty Deezee | szal Zara

Jeans i biel ponownie królują na wiosennych wybiegach. Jak co roku, do znudzenia. Miłośnicy jeansu i bieli z pewnością są zachwycaniu, ja już patrzę nieco sceptycznie, szczególnie jeśli chodzi o denim. Mam wrażenie, że wszystko, co mogło być już pokazane przez ostatnich kilka dekad, zostało świetnie przedstawione, a teraz króluje "odgrzewany kotlet" niżeli zachwycanie kosmiczną wyobraźnią projektanta. Co tu się z drugiej strony dziwić. Kiedyś to cała dekada była poświęcona danemu stylowi, teraz w jednym sezonie, zbiera się wszystko, co było dotychczas. I tak ciepły sezon niesie za sobą klasyki jak jeans, biel, paski i kwiatki, a zimowy futra, dzianinę i głęboką zieleń. Tylko jest pewien problem, w moim odczuciu oczywiście. [Pozwolę sobie mówić już tylko o wiosenno - letnich propozycjach.] O ile z pasków powstaje jeszcze wiele ciekawych kombinacji, dających możliwość ciekawego zestawienia oraz modelowania sylwetki. O ile z kwiatów również powstają zaskakujące kolekcje, czego wręcz idealnym przykładem jest kolekcja wiosenno - letnia Erdem. O tyle, jeśli chodzi o jeans, nie widzę nic zaskakującego. Swój czas z pewnością przeżywa biel i choć jest to uniwersalny, podstawowy i ponadczasowy kolor, to właśnie od kilku lat kładziony jest na nią nacisk na wybiegach. Śmiało można powiedzieć, że konkuruje z czernią, ale tym wyścigu nie ma zwycięzcy. Z obu tych kolorów można zrobić takie same rzeczy i te same rzeczy będą miały kompletnie różny charakter. Osobiście odbieram to jako fenomen, zmanipulowany kolorem.
W bieli można uszyć każdą część garderoby i za każdym razem uzyskać piorunujący efekt, a przede wszystkim świeżość. Biel pojawia się niemalże u każdego projektanta, a niektórzy nawet głównie się na niej skupiają, jak Amanda Wakeley w swojej kolekcji. Jest kobieca i elegancka. Nie ma się co dziwić, że jest uwielbiana i przez projektantów, i przed odbiorców.
Skupmy się jednak jeszcze chwilę na jeansie: boyfriendy, rurki, dzwony - było. Koszule, kurtki - było. Sukienki maxi, midi, mini, rozkloszowane, boho, hippi, z wiązaniem dekoltu z przodu, tuby, worki - było. Teraz jedynie doświadczamy unowocześniania istniejących kroi. Nadawania nowego charakteru poprzez naszycia, różne formy zszycia, czy ozdabianie kamieniami. Dzięki takim zabiegom jeans zyskał w tym sezonie nowe oblicze. Nowocześniejsze, ciekawsze, ale czy bardziej luksusowe? Nie powiedziałabym, nawet jeśli mowa o kombinezonie, który zaprojektowała Stella McCartney. I mimo tym zabiegom nie podbił na tyle mojego serce, abym chciała nosić go niemalże całą wiosnę i lato. Całe szczęście jest mnóstwo innych trendów. A zestaw z tego wpisu? Niech Was nie zwiedzie kumulacja jeansu. Uleganie hitom sezonu w 100% nie jest w moim typie, chyba że mam wizję, która silnie przeze mnie przemawia. I w tym przypadku tak było, a wszystko przez te unikatową bluzę jeansową... ;)

środa, 11 marca 2015

faworyci

 spodnie, szal H&M | kurtka Reserved | torebka Pimkie | buty Deezee

Chociaż spotkanie z Radzką, które odbyło się w Białymstoku, jest już dwa tygodnie za mną, to postanowiłam Wam pokazać stylizację, jaką właśnie tego dnia miałam na sobie. Czułam się w niej jak ryba w wodzie, do tego wzbudzała zainteresowanie, dlatego też pomyślałam, że fajnie będzie ją Wam pokazać. [Tak, dalej jesteście na Neonowej, nie zamykajcie zakładki przez ten oklepany szafiarski wstęp.]
Radzka może nie inspiruje mnie swoim stylem, ale zapewne wiedzą. Przez to jest dla mnie autorytetem, więc lekka spina przed spotkaniem była :D Wiadomo, pierwsze wrażenie jest najważniejsze, zatem zwyczajnie wyglądać nie mogłam. [Dobra, czy ja kiedykolwiek wyglądałam zwyczajnie? Jeśli tak, wstawiajcie linki w komentarzach]. I dumałam co tu wybrać, a wybór okazał się totalnie prosty. Dlaczego? Bo mam na sobie ulubieńców z mojej garderoby. Koszula - kupiona w lumie za zeta, noszona przeze mnie do znudzenia i pokazywana dziesiątki razy. Spodnie w kratę - ulubione z całej kolekcji, która de facto za duża nie jest (przypominam, wolę spódnice). Kurtka pilotka? Zawsze nadaje charakteru stylizacji i do tego świetnie komponuje się kolorystycznie (zakup niesamowicie trafiony, choć jeden z niewielu przypadkowych; ot zaszłam do sklepu, miałam rabat -30% i wyszłam z kurtką). Szal...pozostawię bez komentarza. Mam nadzieję jedynie, że jeszcze się Wam nie znudził. Torebka - moja największa (mimo niewielkiej pojemności) faworytka wśród torebek. Niemalże się z nią nie rozstaję i pasuje niemalże do wszystkiego, co posiadam w szafie. Uwielbiam jej charakter. Materiał boucle nadaje jej nieco chanelowski wyraz i jeszcze ten grafitowy łańcuch. Połączenie idealne (ochy i achy). Nie ma co się dziwić, Pimkie to francuska marka, elegancję i nonszalancję mają w DNA. I na koniec buty. Białe. Ortopedyczne. Szpitalne. Wygodne i ciepłe. Super przełamują elegancki charakter. Nadają nonszalancji i streetowego wydźwięku, a o to właśnie mi chodziło! ;)
Na spotkaniu z Radzką padło pytanie, co Magda zakłada, gdy ma gorszy dzień. Wiadomo, każda z nas, raz na jakiś czas, taki ma. Jedne z nas wybiorą dresy, inne jeansy. Ja na takie dni polecam Wam sprawdzone już przez Was zestawy, sprawiające że czujecie się w nich pięknie i wygodnie, bez uczucia dyskomfortu. Nie będę Wam mówić, co dokładnie musicie mieć w szafie, aby czuć się rewelacyjnie i co ułatwi Wam szybkie wyjście z domu. Dlaczego? Bo wiem po sobie, że każde te blogerskie i magazynowe "mądrości" nie są uniwersalne. Każda z nas jest inna. Każda z nas potrzebuje czegoś o innym charakterze w szafie, aby czuć się w tym dobrze. Zbierajcie swoje perełki i na nich bazujcie. Ja już swoje posiadam, a ten zestaw jest świetnym tego przykładem. I choć Anna Dello Russo kiedyś powiedziała, że nigdy nie nakłada jednego zestawu dwa razy, tak ja omijam tę zasadę szerokim łukiem. Dlaczego? Po pierwsze - nie posiadam majątku Anny pozwalającego na takie rozwiązanie. Po drugie, WAŻNIEJSZE, skoro bardzo lubię jakiś set, to dlaczego nie pokazać się w nim więcej niż raz? Przecież nie wybieram się na czerwony dywan ;)

niedziela, 8 marca 2015

my new love

 koszula sh | spódnica Mango | kurtka Reserved | torebka Pimkie | buty Zara 

ZDJĘCIA: Flawless 

Zawsze opierałam się brązom i pochodnym tego koloru, czyli beżom. Uważałam, że brązy to nie moja bajka, a beże zwyczajnie wydawały mi się nudne. Dlaczego nudne? Bo od kilku lat dominują w minimalizmie  wraz z czernią i bielą, ale niestety fakt jest taki, że nie są tą ponadczasową czernią i bielą i jakkolwiek byłyby uniwersalne, na piedestale z tymi dwoma kolorami nie staną. I dlatego też mnie nudzą. Facebook'owa tablica zasypuje mnie mnóstwem inspiracji z czego minimum 50% to zestawy z beżem. No wiecie, z pewnością znacie te połączenia: boyfriendy/ białe rurki, biały top/ szara bluza i długi karmelowy płaszcz. To zestawy, w których chodzi tysiące lasek i tysiące tych lasek krąży po internecie. Dlatego mi się przejadły i generalnie będąc gdziekolwiek na zakupach ten kolor nawet nie przykuwał mojej uwagi.  Ale zaczęłam się do tego beżu przekonywać, tak jak zaczęłam to robić z zestawami polegającymi na kombinacji czerni i bieli. Dlaczego zestawy czarno - białe również mnie nudziły? Bo niemalże zawsze widziałam je w podobnym połączeniu (rurki, top i trampki). Zatem nie uważam tego za górnolotność i wolałam żywsze kolory, mniej uniwersalne, bardziej ryzykowne. Z czasem jednak zestawy o wariacji czerni i bieli mimowolnie zaczęły mi się podobać, bo przełożyłam je na własną modłę. Głowa myślała nad tym, jak zestawić ze sobą ubrania, aby nie odczuwać nudy patrząc na własną stylizację. Ta taktyka, mało odkrywcza, ale skuteczna. Założę się, że nie raz rezygnowałyście z jakiegoś połączenia lub z danej rzeczy, przez fakt, że Wam się przejadło już to od samego patrzenia. Klonów w sieci jest coraz więcej, ale to tylko od Ciebie zależy, czy do nich dołączysz, czy jednak przekonasz się, że ta wymarzona spódnica może inaczej wyglądać w Twoim zestawieniu ;)
Do dziś nie pamiętam jak to się stało, że chwyciłam w lumpeksie po tę koszulę. Przysięgam. I do dziś się zastanawiam co mną kierowało. Z pewnością nie był to kolor, po drugie materiał, więc pozostaje cena (śmiesznie niska). Przymierzyłam. Chwilę pokręciłam nosem. Z jednej strony workowata i te poduszki (!). Z drugiej strony, lubię luźne rzeczy, a jak się włoży ją w spodnie, czy przewiąże paskiem nabiera innego charakteru. I to zadecydowało, że przytargałam ją do domu. [Zdaje się, że śmiesznie niska cena nie powinna nas stopować przed zakupem. Nic bardziej mylnego! Niech każda z Was pomyśli, jaka sumka może się nabierać z tych śmiesznie niskich cen za ubrania, które nie przekonują nas do końca i później ani razu nie są nałożone. No właśnie, lepiej kupić jedną rzecz, z której później będziemy w 100% zadowolone ;)]. Zaistniała w mojej szafie dołączając do grona perełek. Nie raz mnie już uratowała przed zawiśnięciem w czasoprzestrzeni przed szafą. A zestaw który widzicie, mogę śmiało przyznać, że powstał w minutę (dłużej stałam przed szafą i podziwiałam wytwór mojej wyobraźni). Pani Dorota Wróblewska twierdzi, że najlepsze stylizacje powstają właśnie wtedy, gdy nie stoimy za długo przed lustrem, myśląc co na siebie nałożyć. I przyznaję rację. Nie raz czułam się totalnie swobodnie w zestawach, które powstały pod wpływem chwili. Widać w nich charakter, swobodę i styl, jaki dana osoba prezentuje. I to się właśnie liczy najbardziej!


P. S. Zamsz poczeka na oddzielny wpis, ale mogę Wam zdradzić, że oszalałam totalnie na jego punkcie. Moje podejście do niego się przewektorowało. I za sprawą tej koszuli i za prawą propozycji jakie ma dla nas Chloe (!!!), Gucci i Jason Wu na wiosnę - lato 2015.

poniedziałek, 2 marca 2015

dziewczyna Hedi'ego

spódnica, sweter sh | kurtka H&M | płaszcz Mosquito | torebka Mango | buty Zara

  Będąc w tej stylizacji czułam się jak american girl stworzona przed Hedi'ego Slimane'a. Plisowana mini od razu sprawia, że myślami cofam się do liceum. To takie z jednej strony kobiece i grzeczne ubranie (na myśl przychodzi mi szkolny mundurek), z drugiej strony zawsze kojarzyło mi się bardziej z "Mean girls" niżeli uosobieniem anioła siedzącego w pierwszej ławce. Mają te mini plisówki w sobie coś zadziornego, pobudzającego we mnie śpiącego lekkim snem diabła.
  Oczywiście wyglądam niegroźnie, bo jakże można wyglądać groźnie w golfie i różowym płaszczyku? No jak? Bardziej przypominam słodkiego, czarującego spojrzeniem i uśmiechami "cukiereczka" niżeli diabła tasmańskiego. Ale niech nie zwiedzie Was urok bijący ze zdjęć, bo bestia siedząca w środku jeszcze pokaże charakter ;)
  A tym razem, moją "szkolną" stylówkę przyprawiłam o francuski szyk. Zarówno przez nieład na głowie, jak i buty w stylu tych, które Hedi Slimane zaprojektował na jesień - zimę 2014/15 dla Saint Laurent Paris (spódnic o trapezowej formie również w tej kolekcji nie zabrakło). Słońce L.A. dobrze służy projektantowi ;)