poniedziałek, 2 marca 2015

dziewczyna Hedi'ego

spódnica, sweter sh | kurtka H&M | płaszcz Mosquito | torebka Mango | buty Zara

  Będąc w tej stylizacji czułam się jak american girl stworzona przed Hedi'ego Slimane'a. Plisowana mini od razu sprawia, że myślami cofam się do liceum. To takie z jednej strony kobiece i grzeczne ubranie (na myśl przychodzi mi szkolny mundurek), z drugiej strony zawsze kojarzyło mi się bardziej z "Mean girls" niżeli uosobieniem anioła siedzącego w pierwszej ławce. Mają te mini plisówki w sobie coś zadziornego, pobudzającego we mnie śpiącego lekkim snem diabła.
  Oczywiście wyglądam niegroźnie, bo jakże można wyglądać groźnie w golfie i różowym płaszczyku? No jak? Bardziej przypominam słodkiego, czarującego spojrzeniem i uśmiechami "cukiereczka" niżeli diabła tasmańskiego. Ale niech nie zwiedzie Was urok bijący ze zdjęć, bo bestia siedząca w środku jeszcze pokaże charakter ;)
  A tym razem, moją "szkolną" stylówkę przyprawiłam o francuski szyk. Zarówno przez nieład na głowie, jak i buty w stylu tych, które Hedi Slimane zaprojektował na jesień - zimę 2014/15 dla Saint Laurent Paris (spódnic o trapezowej formie również w tej kolekcji nie zabrakło). Słońce L.A. dobrze służy projektantowi ;)

środa, 25 lutego 2015

cappuccino

 koszula sh | spódnica Choies | płaszcz Mosquito | szal H&M | nerka Paulina Schaedel | buty Pimkie

  10 stopni na plusie odbiło mi na tyle wystarczająco, że nie dość, że poczułam wiosnę, to zachciało mi się jeszcze wskoczyć w pastele. PASTELE. Kto jest ze mną dłużej zna mój stosunek do tej tonacji kolorów, osobom które są tutaj od niedawna w skrócie wyjaśnię na czym on polega. NIE LUBIMY SIĘ. A raczej, ja nie lubię pasteli, a one czasem starają się jakoś mnie do siebie przekonać. I właśnie teraz widzicie tego efekty. Mamy luty, co powinno oznaczać środek zimy. Kreska rtęci dochodzi do 10 stopni na plusie, a moja asertywność spada wraz ze wzrostem euforii wywołanej ciepłem. Raz, gdy pisnęłam słówko Poli o tym, że chce się ubrać w brązy i beże, a do tego dorzucić pudrowy róż, biedna złapała się za głowię i nie wiedziała, czy szybko ma dzwonić po psychologa, czy po prostu jakieś spięcie nastąpiło w mojej mózgownicy i gadam od rzeczy. Zatem, co mnie skusiło do takiego połączenia?
  Kupiłam spódnicę, która w rzeczywistości okazało się, że ma inny kolor, ciemniejszy. Więc, jak to zwykle u szafiarek bywa, świat mi się już zawalił na głowę i nie wiedziałam co mam robić. Czy płakać, czy zwracać, czy uszyć z niej poduszkę, czy maczać w barwnikach, a może zamienić na abażur do lampy. Pomyślałam sobie, że przecież nie będę jak koleżanki po fachu. "Sprzedam, raz nałożona, tylko do zdjęć, stan idealny", czasem z dopiskiem "posiada jeszcze metkę". No nie. Przecież ja, taka opozycjonistka, jakże mogłabym pójść za tłumem. To postanowiłam, że nałożę ją dwa razy. I stałam przed szafą i lustrem, i dumałam z czym tu ją połączyć. Akurat byłam po udanych łupach w lumpie, do których należała właśnie ta koszula, wskoczyłam w nią ryzykując zgrzyt szafy na mój widok, ale okazało się, że jest ok. Lustro z przerażenia nie pokruszyło się na drobny mak. Pozostało pytanie "co narzucę na górę?". I właśnie w tymże momencie, jak już przymierzyłam wszystkie płaszcze i każdy był chybionym pomysł, złamałam wszelkie swoje reguły i chwyciłam TEN w kolorze pudrowego różu. Efekt przerażająco zadowalający, mnie zadowalający, choć aktualnie jest na dworze 0 stopni i to już nie ciepło wpływa na moją ocenę. 

  Dodatkowo tym zestawem idealnie wpasowuję się w jesienne trendy. Z moją teorią zgadza się nawet lutowe wydanie naszego polskiego Elle, z sesją "Karmel macchiato". Zimowe ubrania o kolorze kawy i czekolady. Miks faktur, zabawa formą. Te słowa świetnie popierają tę stylizację, która tak naprawdę powstała w mojej głowie, zanim to Elle trafiło w moje ręce. Wybaczcie, płaszcza w odcieniach brązu nie posiadam, ale z tym wydaje mi się równie ciekawie. I w sumie cieszę się, że takowego nie mam w szafie, bo w efekcie powstało coś, zaskakującego nawet mnie samą (albo tylko mnie). Jednocześnie kopiowanie sylwetek z sesji modowych, czy z wybiegów ominęłam szerokim łukiem. Jest trendy, ale tym akurat najmniej się przejmuję. Nigdy nie bazuję w 100% na trendach. Staram się je delikatnie przemycać do swojego stylu. I w końcu moda również idzie w tę stronę. Wymiana szafy co sezon? Ten koszar jest już za nami. Projektanci zaczynają tworzyć kolekcje uniwersalne. Takie, które śmiało będą służyły nam przez kilka sezonów. Dają nam narzędzia (ubrania i dodatki), proponują sposób ich noszenia, ale nie narzucają na siłę trendów. W jednym sezonie jest ich kilka, jak nie kilkanaście, ale najważniejszy jest ten, który sama sobie wykreujesz ;)

niedziela, 22 lutego 2015

romans z Olivierem

spódnica Mango | sweter, szal, buty H&M | parka Pull&Bear | nerka Paulina Schaedel

Ustalmy na początku pewne fakty. Uwielbiam kolor khaki i skórzane rzeczy. Teraz mogę przejść do opowiadania, jaką drogę musiała przejść spódnica, którą widzicie w tym poście, abym w końcu mogła się w niej gdziekolwiek pokazać.
Wrzesień 2014. Pisk do monitora, rzecz jasna zobaczyłam spódnicę i już wiem, że musi być moja. 
Październik 2014. Pisk do monitora. Mango przysłało mi maila, że w weekend -30% na wszystko. Radość zdaje się być zrozumiała.
Listopad 2014. Płacz. Za ciasna. Do zwrotu. Sklep on-line pokazuje, że są większe. Zwlekam. Przecież nie mam już -30%, czekam na kolejną okazję.
Listopad 2014. Z % nici, bo spódnica się wyprzedała.
Grudzień 2014. Pisk do monitora. Wyprzedaże, a spódnica ponownie na stanie i to w moim rozmiarze.
Grudzień 2014. Płacz. Wyprzedała się. Ponownie za długo zwlekałam z zakupem. 
Grudzień 2014. Pisk do monitora. Dostałam maila, że są dostępne dwie w moim rozmiarze, a w kolejce 5 klientek.
Grudzień 2014. KUPIONA.
Styczeń 2015. Doszła.
Luty 2015. Zdecydowałam się oderwać metkę i w końcu ją nałożyć.
Rzadko kiedy raczę Was zanudzić opowiastkami o zakupach, bo zwyczajnie uważam to za zbyteczne. Ale zakup tej spódnicy, mnie osobiście, wydaje się zabawny. Jak można coś lubić i tyle zwlekać, szczególnie, że cena nie była wygórowana. Nie wiem, trzeba być kobietą albo po prostu mną :D

Khaki to kolor, który nigdy nie wyjdzie z mody, jak czerń, biel, beż, granat, czerwień i pozwolę sobie zaryzykować to stwierdzenie, ale także i kobalt (przez ostatnie sezony nie znika z wybiegów). To kolor, który pojawia się w kolekcjach wielu projektantów bez względu na porę roku i z pewnością będzie się w nich jeszcze długo pojawiał. Jeśli chodzi o pokazy prezentujące kolekcje jesień - zima 2014/15 to moim faworytem był zdecydowanie pokaz kolekcji Balmain (bardzo zaskakujące). Oczywiście, Marant i H&M Studio prezentowali ciekawe propozycje, o których pisałam tutaj, jednak Balmain to Balmain. Olivier pielęgnuje nasz romans już kolejny sezon. Stara się okrutnie, choć ostatnio wyszedł na niezłego dupka i zdradził mnie z Rihanną i Kim. Dobra, robi to od dawna i muszę się z tym pogodzić, bo ani sławy takiej nie mam, ani głosu, ani tyłka, a followersi ode mnie uciekają. Platoniczna miłość pozostawia ogromne rany w moim sercu, a także miliony wylanych łez na sam widok tych pięknych rzeczy. Tego zauroczenia nie jestem w stanie opisać słowami. Pozostaje bezczynne patrzenie się w monitor i oczekiwanie nowych kolekcji by pogrążyć się jeszcze bardziej w stanie, w którym aktualnie znajduje mi się moja dusza.
Stylizacja ta z pewnością jest efektem doskwierającego mi braku możliwości noszenia rzeczy z jesiennej kolekcji Balmain. Olivier robi wszystko, abym była w nich zakochana, ale także dokłada wszelkich starań, aby nie trafiły do mojej garderoby. Zatem, ruszyłam głową i stworzyłam własny set inspirowany sylwetkami z pokazu. Jest kolor khaki, skóra, duże kieszenie, przepięcie w pasie, pantera i zygzaki, czyli wszystkie elementy układanki.  W końcu, moda to zabawa, a nosze look'ów prosto z wybiegu jest łatwizną. Liczy się własna interpretacja. A z Olivierem i tak czeka mnie poważna rozmowa... ;)

Chciałam Wam coś skleić, ale: 
a) za bardzo podobają mi się zdjęcia powyżej;
b) jest za wiele sylwetek z tego pokazu, dlatego odsyłam Was na stronę Elle, gdzie możecie zobaczyć całą kolekcję. O TUTAJ

poniedziałek, 16 lutego 2015

kontrast

 sweter, torebka Mango | spódnica sh | kurtka Reserved | szal H&M | buty Pimkie

Na chwilę wracam do długości midi i plisów. Do tego jeden z ulubionych kontrastów jeśli chodzi o stylizacje, czyli połączenie lekkiej, zwiewnej spódnicy z ciężką w odczuciu kurtką. Trochę wzorów, nieco koloru i ot co, cała stylizacja gotowa. Wyjątkowo nie mam nic więcej do powiedzenia, ale jeśli macie ochotę poczytać o pomarańczy jesienią, zapraszam tutaj

Wybaczcie, ale New York Fashion Week trwa. Pokazy same się nie obejrzą, artykuły w Harper's Bazaar same nie przeczytają, nocleg w górach sam się nie znajdzie, a nogi same się nie wyćwiczą. Tyle do zrobienia, a doba ma tylko 24h. I to jest powód, na który można narzekać. Czas leci zdecydowanie za szybko, korzystajmy za każdej minuty ;)

środa, 11 lutego 2015

streetstyle

sukienka Mango | spodnie, szal H&M | kurtka Reserved | buty Pimkie | okulary, rękawiczki Sinsay | torebka Paulina Schaedel 

zdjęcia FLAWLESS 


Łączenie wzorów wychodzi mi najlepiej, a z pewnością sprawiaj największą frajdę, jeśli chodzi o tworzenie codziennych stylizacji. Nie ważne, czy w kolorach tęczy, czy klasyczna kombinacja czerni z bielą. WZORY. Maniaczka wzorów. Magik sprawiający, że motywy kompletnie do siebie nie pasujące, wyglądają na mnie jakby były stworzone właśnie do takiego noszenia. Nie wiem, jak to się dzieje. Nie umiem Wam na to pytanie odpowiedzieć. To chyba kwestia tego, co mi w duszy gra. Tego, jakim różnorodnym jestem człowiekiem, jeśli chodzi i o charakter, ale także zainteresowania. Nie da się mnie zaszufladkować, dlatego moje stylizacje są takie różne. Ubiór odzwierciedla to, co nam w duszy gra. Zawsze to powtarzam i powiem to jeszcze nieraz. Odzwierciedla jacy jesteśmy: odważni, skryci, szaleni, spokojni, lubiący zmiany, idący za tłumem, pragnący się wyróżnić. Patrząc na nasz styl, bez względu na to, czy ktoś połowę dnia chodzi w z góry narzuconym dress codzie, jesteśmy w stanie domyślić się, czym się interesuje. Czy uwielbia literaturę ciężką i sztukę, czy jest artystą, a może imprezowiczem uwielbiającym spędzać swój cały wolny czas ze znajomymi. A może typ sportowca, czy naukowca. Są osoby, które można przypisać do konkretnego stylu: minimalizm, glamour, boho, a może sportowy. Ale są też osoby, których dwie stylizacje mogą być kompletnie różne, nie zamknięte w żadnych ramach. Nie raz spotkałam się z kwestionowaniem wiarygodność sposobu ubierania się takich osób. I fakt, raz można stwierdzić, że są to poszukiwania tego czegoś, co pozwoli nam się określić, a czasem trafia się na przypadki, w których pewności siebie aż bije po oczach i zawstydza nieśmiałków. I myślę, że to jest właśnie klucz, do określenia naszego stylu. Bo nie ważne na jakie lata się stylizujemy i nie ważne który styl wybieramy, musimy się czuć w tym, co na sobie mamy w 100% sobą. A czasem w tych całych wariacjach znajduje się jeden bądź kilka elementów stałych, czy to fryzura, kreski na oczach, kolor pomadki z którą niemalże się nie roztajemy, a może kolor paznokci i to często jest naszym znakiem rozpoznawczym, a reszta może być kompletnie różna ;)

niedziela, 8 lutego 2015

stupid has the balls

spodnie House | sweter sh | kurtka Reserved | torebka Mango | buty Deezee | szal H&M | okulary Sinsay

Dochodzę do wniosku, że sfera blogosfery określania szafiarską, ogłupia. Tak, tylko ta szafiarska. Bo przecież blogi podróżnicze potrafią zabrać nas w najbardziej skryte zakątki świata, w które nie zabrałby  mnie nawet Wujek Google, a rodzice od dziecka nie mieli oporów z urywaniem mnie z zajęć na tydzień, tłumacząc, że więcej doświadczę podczas wyjazdu, niż nauczę się w szkole. Zatem wniosek jest jeden, treści na tych blogach muszą wnosić cokolwiek do naszego życia i z pewnością nie można tych informacji porównać do kwejkowej wiedzy. Blogi kulinarne zasypują nas przepisami, które już jak się czyta, to ślinka cieknie, a odejście od rutyny, w tym przypadku jeśli chodzi o nasz codzienny jadłospis, jest zawsze dobrym pomysłem. Zatem śmiało mogę powiedzieć, że ta część blogesfery, bardziej nas zachęca do próbowania czegoś nowego, nawet jeśli chodzi o skład porannej kanapki, i uczy jak zdrowo i smacznie jeść, niż serwuje dawkę nieużytecznych informacji. Blogi związane z elektroniką są strzałem w 10!, bo przecież jak taka blondynka jak ja, poradziła by sobie bez tutorialu jak obsłużyć dany aparat, czy zwyczajnie na jaki sprzęt się zdecydować, nie kierując się jedynie kolorem obudowy. Blogi zdominowane recenzjami na temat filmów, książek, muzyki, spektakli i innych wydarzeń kulturalnych z pewnością również do tych mało ambitnych nie należą, bo przecież jak taki erudyta mógłby być  tępą osobą. Zdaje się sytuacja niewyobrażalna. Kulturalna droga obrana przez ten procent społeczeństwa zdarza się, że bywa nawet dla co poniektórych niezrozumiała, zatem można śmiało ich zaliczyć do artystycznej sekty. Nawet blogi modowe, MODOWE, nie szafiarskie odpowiedzialne są za tą ambitną sferę w internecie. Moda dla mnie jest sztuką i gdy ktoś wymiata w tej tematyce darzę tę osobę ogromnym szacunkiem, wzbudza we mnie respekt, a wiedzę jaką ma do przekazania, chłonne niczym gąbka w najbardziej zachłanny sposób, jaki potrafię. I do takich osób należy w naszym kraju Tobiasz Kujawa (Freestyle Voguing), Ola Kaźmierczak (Fashion PR Girl), Ewa Kowalewska - Kondrat (Harel), Michał Zaczyński, Gosia Boy, czy Magalena Kanoniak, znana jako Radzka, prezentująca vlogosferę*. I mamy kategorię blogi szafiarskie, które generalnie odbierane są jako czarną strefę, do której rozum jeszcze nie dotarł i do której lepiej nie zaglądać, by nie zarazić się tępotą i próżnością. I wiecie co, coś w tym jest. Próbowałam sobie te zjawisko przeanalizować i zdaję sobie sprawę z tego, że to mocne słowa, ale taka jest prawda. Nasze szafiarskie mrowisko niebezpiecznie się rozrasta i statystyki na razie nie wróżą zatrzymania procesu mnożenia się. Jest nas coraz więcej, z coraz bardziej próżnymi postawami i płytkimi podstawami do tego, aby chociaż deptać po piętach tym blogom stricte piszącym o modzie. Jako, że sama należę do tej kategorii, to wiem coś na ten temat. Nie raz palnę taką głupotę, że później zwyczajnie spalam buraka i idę spać na cały dzień, aby o tym nie myśleć, bo już mi ktoś to wytknął, a zamazywać śladów nie będę. Jednak obrona dyplomu uczy obrony swoich racji i resztek godności, a także idei "projektowych" zatem staram się wybrnąć z sytuacji z lekko ubrudzonym sumieniem i spoconymi od nerwu rączkami. Wkurzam się na siebie, rzecz jasna, że jak to możliwe, że znów mi się wymsknęło i małymi kroczkami zbliżam się do rangi vivivi. Człowiek staje się taką medialną bestią, myśli że świat do niego należy, że jest taki super fajny i każdy go lubi, więc sobie pozwala na wiele, nie zawsze z owocującym pozytywnie efektem. 
Moje obserwacje pozwalają mi wytypować kilka kategorii blogów szafiarskich.
1. Zdjęcia + zero tekstu, daje nam to cwany unik od jakiejkolwiek wpadki słownej bądź zwyczajnie wynika to z braku potrzeby otwierania się na obserwatora.
2. Zdjęcia + opis obrazków, pogody bądź czasem zlepek zdań nie niosących za sobą jakiegokolwiek sensu (tak jak to zdanie, presję wywarła na mnie sytuacja).
3. Zdjęcia + teksty przesiąknięte ironią, marzeniami i najróżniejszymi względnie śmiesznymi opowiastkami.
4. Zdjęcia + mądre treści. To się chwali. Te blogi należy stawiać na piedestał ze względu na fakt muśnięcia rozumem. Rzadkie okazy, wręcz wymierające gatunki.
Do jakiej grupy ja należę, odpowiedzcie sobie w głowie sami. Wiem jedno, p
łonięcie ze wstydu niczym Joanna d'Arc na stosie nie jest niczym fajnym, dlatego sama sobie często polecam przemyślenie niektórych rzeczy milion razy. Kończy się na tym, że czasem i milion nie pomaga. Prezentuję osoby, które często paplają za wiele i nie raz prosiłam Siły Wyższe, aby zesłano na mnie dar zamknięcie się w odpowiednim momencie. Niestety, chyba Wszechświat świetnie się bawi, gdy ja sypię dyrdymałami, bo trzymanie języka za zębami jeszcze nie zostało mi zesłane.


P. S. Dita Von Teese nie nosi jeansów, bo jak sama uważa, nie niosą za sobą eleganckiego wydźwięku stylizacji. Zgadzam się z nią w 100%. Osobiście noszę je rzadko i za każdym razem nagle czuję się innym człowiekiem, którego ogarnia taki luz, że spokojnie mogłabym nim obdarowywać studentów przed obroną, aby przestali dygotać jak galarety ze stresu.
P. S. 2 Buty, których osobiście kiedyś nie znosiłam, noszę teraz częściej niż kapcie. Kobieta zmienną jest.

*odsyłam do fanpage'y bo na nich z reguły dzieje się więcej

czwartek, 29 stycznia 2015

lala ze szpitala

spodnie Bershka | sweter sh| płaszcz Reserved | buty Deezee | szalik, torebka Zara | czapka H&M

UWAGA: tekst poniżej będzie zawierał resztki rozumu, jakie zostały mi po emocjonalnych przeżyciach z pracą inżynierską, a wszelkie pojęcie o czym piszę, śmiało będzie można przyrównać do analizy piosenki Nataszy Urbańskiej "Rolowanie".
Wracam do żywych, jeśli rozumiecie o co chodzi. Wiecie, te nieprzespane noce, hektolitry kawy zamiast szampana, brak chodzenia do galerii, to mnie kompletnie wyczerpało. Przeszłam również etap komputerowstrętu po niemalże lizaniu ekranu (bo przecież nie ma opcji "zoom"...). Ale post sam się nie sklei, zatem mi przeszło. Chciałam nawet chwilę pogwiazdorzyć, tak że nawet Snickers by mnie na ziemię nie ściągnął i dalej bym bujała w hollywoodzkich obłokach, ale niestety okulary, które w tą piękną, pochmurną pogodę miały pojawić się na moim nosie, zostały pozostawione tam gdzie zostały, czyli z pewnością nie w torebce, w której były do pewnego momentu. Zatem, musiałam zebrać się do kupy, pożegnać się z Hollywood i zwyczajnie wyretuszować Rowy Marańskie, jakie miałam pod oczami (dobra, za wiele robić nie musiałam, światło dobrze świeciło, a Pola uznała, że jak na tak niewielką ilość snu, wyglądam NAWET dobrze). No i te cudowne okulary, z zielony refleksami, miały jeszcze zakrywać me wiecznie zamknięte ślepia. Cóż, nie wyszło. Ale to tak naprawdę nie okulary i moje gwiazdorskie zapędy miały być tu przyczyną zamieszania, a białe spodnie, które pewnie nie jedna z nas, na okres zimowy, chowa głęboko w szafie. Bo przecież jak można nosić białe spodnie zimą?! Większość butów zwyczajnie wygląda z nimi kiepsko, a szczególnie czarne. Nienawidzę połączenia białych spodni i czarnych butów zimą. Rzadko kiedy te zestawy się bronią i przyznam, że każdy mój był wpadką niżeli szczytem blogerskiej kreatywności. Zatem moja rada: kupcie sobie białe buty. Czy to jest dobra rada? Wątpię, dlatego nie musicie za nią ślepo podążać. Nie każda z nas chce mieć takie brudaski zimą na nogach. Po drugie, nie każdej z nas te buty mogą się podobać. Osobiście czuje zachwyt nosząc je i jestem zaskoczona, jak w zależności od stylizacji, zmienia się ich charakter. Raz przypominają łyżwy, innym razem, czyt. właśnie w tej stylizacji, ma się wrażenie, jakbym się wyrwała z bloku operacyjnego. I jest to kolejny pomysł na słynne Timberlandy (oczywiście że wiem, że to nie oryginał). Zatem, zrywając z klasycznym karmelowym odcieniem, pokazuję Wam ich drugą odsłonę. Czy się zainspirujecie, czy oblejecie mnie wodą, to już od Was zależy, ale proszę, nie idziecie za radą "Jak nosić Timberlandy modnie? -Z PARKĄ", to taki BANAŁ!! (a sama tak robię, gdy nie widzicie :D).

P. S. Jeśli bardzo chcecie nosić białe spodnie zimą, to super z pewnością będę wyglądały do nich szare kozaki, czy np. bordowe lub granatowe botki na słupku. Zanim jednak nałożycie czarne buty, przemyślcie to 21x.
P. S. 2 Mania na długości trwa.